Reklama
  • Poniedziałek, 13 marca (08:00)

    Szał idealnych ciał

Wycinanie powiek, łamanie szczęk, gruchotanie nóg – czego się nie robi dla urody? Dziś można „ulepszyć” wszystko: powiększyć oczy, wyszczuplić palce u stóp czy zyskać talię osy. Wymagania? Zasobny portfel i... ponadprzeciętna odporność na ból.

Reklama

Zrobiłam sobie usta – jeszcze kilkanaście lat temu takie wyznanie wywołałoby w towarzystwie niemałe poruszenie. Operacje plastyczne były wówczas uznawane za ekstrawagancję, na którą decydowali się jedynie milionerzy i gwiazdy wielkiego ekranu. Dziś zabiegi upiększające – choć nadal nie należą do najtańszych – już nikogo nie dziwią.

W Wenezueli poprawianie niedoskonałego dzieła natury za pomocą skalpela jest na tyle powszechne, że tamtejsze banki oferują na ten cel korzystnie oprocentowane kredyty, a korekty nosa czy uszu są jednym z najpopularniejszych prezentów dla dziewczynek z okazji pierwszej komunii.

Mało tego: jeden z wenezuelskich polityków w czasie kampanii wyborczej zorganizował nawet loterię, w której nagrodę główną stanowiło... chirurgiczne powiększenie biustu. Na modyfikacje kosmetyczne decyduje się rocznie 10 milionów Amerykanek i milion Brytyjek.

Swój wygląd coraz częściej retuszują także Polki. Wśród kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaczek, które każdego roku coraz chętniej poddają się operacjom plastycznym, królują: powiększenie biustu, liposukcja (czyli odsysanie tłuszczu) oraz korekty nosa, podbródka i ust.

Zagraniczna wycieczka pod skalpel

Niedawno szał chirurgicznych zabiegów kosmetycznych ogarnął Azjatów, którzy zaczynają dyktować w tej dziedzinie nowe trendy. Wystarczy powiedzieć, że niektórzy Chińczycy, wracając do kraju po „poprawkach” naniesionych w Korei Południowej (tam taniej), mają problemy z przekroczeniem granicy, bo nie przypominają dawnych siebie.

Zresztą, o Republice Korei piszemy nieprzypadkowo – to tam kumuluje się obecnie cały dalekowschodni rynek medycyny estetycznej. Mieszkanki tego państwa traktują interwencję chirurgiczną z lekkością właściwą wizycie u fryzjera czy manicurzystki, a według oficjalnych szacunków co najmniej 20% z nich ma za sobą operację plastyczną lub mniej inwazyjny zabieg kosmetyczny.

O ile likwidacja worków pod oczami, powiększenie piersi, korekta nosa, ust lub uszu, liposukcja, wstrzyknięcie botoksu czy naciągnięcie zmarszczek to zabiegi znane medycynie od lat, tak najnowocześniejsza chirurgia plastyczna jest zdecydowanie bardziej skomplikowana.

Pytanie „co można sobie poprawić?” nie istnieje – liczą się tylko zasobność portfela i determinacja. Oto najbardziej drastyczne przykłady zabiegów, którym głównie panie poddają się w szalonej pogoni za pięknem.

Piękna jak z bajki

Na Dalekim Wschodzie wzorzec urody i inspirację stanowią... postacie z filmów animowanych i komiksów. Moda na wielkie oczy - typowe dla bohaterek mang - sprawiła, że popularnością cieszą się operacje powiek. Można poddać je drobnej korekcie za kwotę rzędu tysiąca złotych.

Zabieg nie należy do najprzyjemniejszych: aby optycznie powiększyć oczy, wycina się fragmenty dolnej i górnej powieki. Proces ich gojenia się jest bolesny, bo podrażnione miejsca ciągle są nawilżane. Lecz podobno efekt wynagradza cierpienie - duże oczy, nawet jeśli wyglądają nieco nienaturalnie, poprawiają szanse Azjatek zarówno na awans, jak i na dobre zamążpójście.

Komu niestraszny skalpel w pobliżu gałek ocznych, ten może zdecydować się również na przeszczep rzęs. W tym przypadku chirurg wstrzykuje cebulki włosów w górną powiekę, zwykle pod znieczuleniem miejscowym, a pierwsze efekty pojawiają się już po kilku tygodniach.

Niestety, w tym czasie pacjentki muszą zakładać na noc specjalne gogle, żeby nie drapać się w trakcie snu, gdyż konsekwencją zabiegu jest swędzenie operowanych okolic. Fotografie pokazujące panie świeżo po takim zabiegu nie są zachęcające: łzawiące, pokryte strupami, opuchnięte i posiniaczone oczy wyglądają gorzej niż u boksera po ciężkiej walce.

Na domiar złego powikłania mogą obejmować utrzymujące się dokuczliwe swędzenie, infekcje, wrastanie włosków, a nawet wywinięcie powieki do środka. Nie wspominając o tym, że przeszczepione włosy rosną równie szybko, co te na głowie, dlatego nowe rzęsy trzeba regularnie przycinać, by nadawać im naturalny kształt.

Łamanie kości dla urody

Jednak nawet operacja wycięcia powiek nie budzi takich emocji jak łamanie szczęki, po którym zyskuje się zupełnie nowy wygląd. Wyrazista kość szczękowa w Azji jest postrzegana jako nieatrakcyjna - Angelina Jolie, dla wielu ucieleśnienie piękna, nie robi więc w tej części świata szczególnego wrażenia.

Obecnie na topie jest twarz w kształcie litery V, czyli cechująca się dużymi oczami i spiczastą brodą - taka, jaką mogą pochwalić się bohaterowie dalekowschodnich kreskówek i tamtejsze gwiazdy popu. Po wykonaniu nacięcia szczękę nastawia się w taki sposób, by kształt podbródka odpowiadał wymaganiom pacjentki.

Następnie przez sześć tygodni kości rozciąga się na specjalnym stelażu. Zabieg jest nie tylko długotrwały i bolesny, ale także niebezpieczny. Zmiana struktury kości twarzy może spowodować odrętwienie szczęki lub jej paraliż. Być może ze strachu wiele kobiet chce osiągnąć efekt V, sięgając po półśrodki, czyli jedynie nosząc na twarzy specjalny aparat ortodontyczny.

Niektóre pacjentki decydują się nawet na wyrwanie kilku zdrowych zębów, byle tylko odpowiednio wydłużyć oblicze.

W pogoni za ideałem

W porównaniu do wspomnianych interwencji chirurgicznych wycinanie żeber (w celu uzyskania talii osy) nie wydaje się szczególnie drastyczne. Aby nadać pacjentce wymarzoną figurę klepsydry, lekarz musi pozbawić ją dwóch par dolnych żeber niepołączonych z mostkiem.

Niekiedy niewiasty życzą sobie, by usunięto im także dziesiątą parę, pod którą znajdują się wątroba i śledziona. Okres rekonwalescencji po takich "poprawkach" wynosi nawet pół roku. W tym czasie ciało próbuje dostosować się do nowego kształtu, co jest związane z bólem w trakcie oddychania (czyli mniej więcej 17 razy na minutę).

Wycinanie żeber jest jednak przede wszystkim niebezpieczne. Ten element układu kostnego ma przecież do spełnienia określoną funkcję - ochronę narządów wewnętrznych przed urazami. Kiedy zabraknie "pancernej klatki", delikatne organy zostaną odsłonięte, co w skrajnych przypadkach prowadzi do śmierci.

Kto chciałby dodać sobie kilka centymetrów wzrostu, może zdecydować się na sztuczne wydłużenie kończyn. Ten zabieg jest jednak wyjątkowo bolesny: lekarz dłutem chirurgicznym łamie nogi i zakłada na nie specjalny stelaż, rozciągający je przez kolejnych... dziewięć miesięcy. W tym czasie w przerwie powstałej między kośćmi formuje się nowa tkanka.

Zwolennicy tej metody zachwalają, że pomaga ona "urosnąć" nawet o 10 centymetrów. Oczywiście pod warunkiem, że nie rozwinie się infekcja...

Plastycznym modyfikacjom poddawane bywają także stopy. Na topie jest zwłaszcza upiększanie palców. Są one wyszczuplane przez usunięcie warstwy tłuszczu. Amerykańskie Towarzystwo Ortopedii Stóp i Kostek ostrzega, że takie zabiegi są bardzo niebezpieczne, istnieje bowiem duże ryzyko komplikacji, w tym trwałego uszkodzenia nerwu, krwawienia, blizn i chronicznego bólu przy chodzeniu.

Pieniądze i ból nie grają roli

Cena za dążenie do ideału jest bardzo wysoka. Niektóre kobiety są gotowe na każde wyrzeczenie, byle tylko zrobić się na bóstwo. Brytyjska modelka Alicia Douvall (uznawana za rekordzistkę pod względem liczby operacji plastycznych) poddała się 330 zabiegom tego typu. Inna Brytyjka, Nileen Namita, w ciągu ponad dwudziestu lat poszła pod nóż 51 razy, by upodobnić się do... egipskiej królowej Nefretete (a raczej współczesnego wyobrażenia o niej).

Przestrogę może stanowić przypadek siedemdziesięcioletniej Jocelyn Wildenstein, która na serię operacji wydała ponad 4 miliony dolarów. Efekt? Niestety, raczej odwrotny do zamierzonego - z powodu zniekształceń twarzy prasa nadała jej miano "narzeczonej Frankensteina".

Sama zainteresowana zdaje się jednak nie przejmować docinkami, zapowiadając, że nigdy nie zaprzestanie poprawiania swoich niedoskonałości. Podobne przykłady można mnożyć. Trzydziestoczteroletnia Sheyla Hershey kazała sobie wstawić największe silikonowe implanty w historii chirurgii plastycznej. Rozmiar jej biustu to teraz 34 FFF. Kobieta wcale nie zamierza na tym skończyć, lecz do tej pory żaden lekarz nie zdecydował się spełnić jej żądań, tłumacząc się za dużym ryzykiem.

Z kolei Kristina Rei wydała 16 tysięcy dolarów, by wyglądać jak Jessica Rabbit (animowana postać z filmu Kto wrobił królika Rogera?). Choć nadal mało przypomina kreskówkową idolkę, stała się posiadaczką najokazalszych ust na świecie. Zresztą nie tylko panie miewają bzika na punkcie swojego wyglądu: Toby Sheldon zapłacił setki tysięcy dolarów, by upodobnić się do Justina Biebera, a Justin Jedlica przeszedł ponad sto operacji, by zmienić się w "żywego Kena" (narzeczonego lalki Barbie).

Pomyłka w wyborze specjalisty

W kontekście tych rewelacji nie dziwią słowa prof. Alexa Clarke'a, psychologa klinicznego ze szpitala Royal Free w Londynie, który twierdzi, że jedna na siedem osób, które zgłaszają się do chirurga plastycznego, powinna w pierwszej kolejności wybrać się do psychiatry.

- Operacje tego typu są postrzegane jako sposób na rozwiązanie wszelkich problemów. Lecz w przypadku jednostek wyjątkowo wrażliwych mogą mieć traumatyczne skutki - ostrzega ekspert. Czy zatem opłaca się chirurgicznie poprawiać naturę? W dyskusji na ten temat warto pamiętać o eksperymencie przeprowadzonym w nowojorskim szpitalu Lenox Hill Hospital.

Tamtejsi naukowcy ustalili, że operacje plastyczne ani trochę nie zwiększają naszej atrakcyjności w oczach innych ludzi...

Zobacz również

  • Regenerujący zabieg na twarz, do którego wykonania trzeba użyczyć własnej krwi, wypróbowała m.in. Kim Kardashian. Teraz poddała mu się nasza redakcyjna koleżanka, Maria. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.